Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fandom. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fandom. Pokaż wszystkie posty

16 marca 2008

Dalsze myślenie o geekach

W poprzednim wpisie na iFandom zacytowałem wypowiedź Sadiego na temat geeków. Postanowiłem wrócić do tego tematu, ponieważ w tamtym poście poruszony został temat głównie geeków komputerowych.
Częściowo założenia pokrywają się z moim rozumieniem słowa geek. Wydaje mi się to zagadnienie jednak nieco szersze. Skłaniam się nawet do podziału jaki zaproponował Io Nois, że są trzy pokrewne typy. Mamy zatem geeka, nerda i coś, co do końca nie wiadomo jak zapisać, czyli z angielska czytane nerdow (po polsku wymawiane jak nerdoł lub nerdou). Kolejność nie jest przypadkowa. Przedstawione one bowiem właśnie w tej kolejności, czyli od geek do nerdou pokazują skalę "geekostwa". Zatem sam geek jest najmniej pejoratywne, a nerdou - najbardziej. Bo o ile hacker to raczej określenie magika komputerowego, kogoś kto zna się na tym bardzo dobrze (abstrahując od niewłaściwego użycia - hacker to nie jest włamywacz i złodziej danych). Zatem według tego podziału geek to pasjonat, charakteryzujący się pogłębioną wiedzą na jakiś temat (komputerów czy gwiezdnych wojen, czy czegokolwiek innego). Określenie to nie ma samo w sobie jeszcze aż tak negatywnego przesłania jak nerd. Nerd bowiem to już określenie dziwaka. Kogoś kto lekko świruje już na punkcie swego hobby. Przedstawione w Amerykańskich filmach pryszczate nastolatki noszące w kieszeni od marynarki wiele długopisów w ochraniaczu przeciwko zachlapaniu tuszem to wg. mnie bardziej już nerdy niż geeki.
Nerdou to już jest całkowicie pejoratywne określenie. Typowy nerdou nie widzi świata poza swoim hobby i już można traktować jego "nerdouowatość" w kategoriach chorobowych. Nerdou nie mówi o niczym innym jak swoje hobby, nie myśli o niczym innym i nie robi wiele więcej poza tym, co niezbędne do życia i do pielęgnacji hobby. W tym momencie owo zainteresowanie nie jest już hobby, a obsesją.

Pamiętacie pewnie wpis na iFandom na temat "składowych fanostwa" nadal podtrzymuję ten podział jakiego tam dokonałem. Daje się zauważyć nawet, że odnosi się on do zarówno do geeków jak i do nerdów. Bo w końcu traktujemy nerda jako takiego bardziej pokręconego geeka. Bardziej pokręconego idącego już w niezbyt dobrą stronę.

O ile w Stanach określenie geek i co za tym idzie, nerd kierowane są do szerokiego grona ludzi, bo mogą być związane z szerokim zainteresowaniem np. chemią lub fizyką, to zdają się odpowiadać głównie informatyce. :) Zresztą dotyczą generalnie przedmiotów ścisłych. Jakoś nic mi nie wiadomo o geekach poezji.
W Polsce natomiast określenie geek nie jest powszechnie używane. Odnosi się głównie do informatyki, ale a także do kręgów fanów s-f. Więc można raczej mówić o geekach Star Trek i Star Wars (no z tym drugim to nie bardzo sci-fi, ale dla uproszczenia przyjmijmy, że jednak tak) ale jakoś nie pasuje mi jakoś określenie geeka Władcy Pierścieni, choć wielu fanów pewnie pasowałoby do tego schematu :). Zresztą pokuszę się o stwierdzenie, że każde środowisko ma swoich geeków. Nawet jeśli nie są tak nazywani, to często są tak traktowani.

A co Wy myślicie? Może macie jakieś swoje koncepcje, czy propozycje innej nomenklatury?

13 marca 2008

Kim jest geek

Odpowiedź na to pytanie jest o tyle trudna, że każdy kto się za geeka uważa rozumie to pojęcie nieco inaczej. Żeby w pełni zrozumieć znaczenie tego słowa powinniśmy się przyjrzeć jego źródłom. Na początek warto krótko wyjaśnić dwa pokrewne określenia – hacker i nerd.

Hacker to osoba o ogromnych, praktycznych umiejętnościach informatycznych, głównie programistycznych. Hackerzy zwykle znają bardzo dobrze wiele języków programowania i posługują się na co dzień uniksowym systemem operacyjnym. Richard Stallman napisał: Bycie hakerem to coś więcej niż pisanie programów, to pisanie możliwie najlepszych programów, to przesiadywanie bez przerwy przy monitorze przez 36 godzin tylko po to, aby napisany program był możliwie najlepszy(...). Hackerom zawdzięczamy istnienie Internetu, czy w ogóle komputerów w formie jaką znamy dziś. Nie można mianować samego siebie hackerem – dostajesz to zaszczytne miano dopiero wtedy, kiedy nazwie cię tak inny hacker. Twoją wartość w środowisku hackerskim określają twoje umiejętności. Niektórzy mówią żartobliwie, że słowo hacker w języku Indian znaczy ten, który wie. Ogółem hackerzy to elita specjalistów komputerowych. W mediach często pojęcia hacker błędnie używa się na określenie włamywacza komputerowego, którego poprawnie powinno się nazywać crackerem.

Nerd jest natomiast praktycznie nieznany w Polsce. Nerd to indywidualista, którego fascynują przedmioty ścisłe i techniczne. Typ szalonego naukowca, który potrafi zamknąć się na parę dni w laboratorium, żeby móc w spokoju eksperymentować lub studiować książki. W szkole nerd ma przeważnie bardzo wysoką średnią. Co jednak ważne, nerd ma wielkie trudności w nawiązywaniu kontaktów, gdyż powszechnie uchodzi za dziwaka, lub frajera. Jest tak dlatego, że nie stara się on szczególnie o akceptację środowiska – nie marnuje on swoich sił na umiejętności przydatne w kontaktach międzyludzkich. Zamiast tego skupia się całkowicie na poszerzaniu swojej wiedzy. Priorytetem jest dla niego mądrość. Można zaryzykować stwierdzenie, że w dużym stopniu to, że obecnie jeździmy samochodami, latamy samolotami, a niektórzy nawet odwiedzają Księżyc, zawdzięczamy właśnie nerdom. Słowo nerd jest wyraźnie nacechowane pejoratywnie, chociaż okazjonalnie bywa stosowane w pozytywnym znaczeniu (głównie przez samych nerdów).

Teraz pewnie się zastanawiasz, gdzie w tym wszystkim jest geek. Otóż geeka często określa się jako kogoś, kto dąży do tego, żeby zostać hackerem. Stąd większość cech hackera przechodzi automatycznie na geeka. W rzeczywistości wielu geeków jest hackerami, tylko nie chcą oni sami sobie nadawać tego miana. Alternatywnie można powiedzieć, że geek to hacker, który widzi świat poza komputerem. Jednak taka definicja geeka jest niepełna, dlatego często mówi się również, że geek to taki nerd, który ma życie towarzyskie. Nie oznacza to, że stara się on jakoś szczególnie o akceptację środowiska, po prostu ma on przyjaciół wśród innych geeków. Kiedy mówi się o klasycznym geeku komputerowym, często mocniej akcentuje się powiązanie z hackerami. W przypadku geeków niekomputerowych, skupiamy się wyłącznie na powiązaniu z nerdem.

Ciągle pozostaje jeszcze jeden aspekt pojęcia geek. Okazuje się bowiem, że wielu geeków ma wspólne zainteresowania, czy poglądy, nie mające nic wspólnego z komputerami, czy wiedzą w ogóle. Można więc zbudować pewien stereotyp geeka, do którego oczywiście nikt nie pasuje całkowicie, ale zdecydowana większość geeków, ma z nim wiele wspólnego. I tak do geekowych zainteresowań można zaliczyć m.in. science fiction (w tym głównie seriale Star Trek i Babylon 5, ale również książki SF), fantasy, RPG, mangę i anime. Typowy geek nie stroni od czytania książek, a nawet komiksów (choć głównie japońskich). Wielu ludzi bardzo spłyca definicję geeka, ograniczając ją tylko do tych aspektów powiązanych z kulturą, pomijając zupełnie poglądy. Owszem kultura jest istotna, ale samo oglądanie Star Treka i uczestniczenie w sesjach RPG nie czyni jeszcze z nikogo geeka. Bardzo ważne są poglądy spośród których za najważniejsze uznałbym indywidualizm i pęd do wiedzy.

To wyjaśniałoby kwestię znaczenia słowa geek. Jest jednak jedno ale. Cały czas mówiliśmy o geeku anglojęzycznym. W Polsce mamy pod dostatkiem słów na określenie frajera, stąd bardzo wątpliwe, aby przyjęło się u nas to znaczenie. Tak więc pierwszą różnicą byłby całkowity brak znaczenia negatywnego. Na razie najlepiej przyjął się on w środowisku komputerowców - dlatego dużo łatwiej spotkać się u nas z geekiem – specem od Linuksa, niż geekiem – pasjonatem biologii, co stanowi drugą różnicę. Trzecią różnicą jest to, że w krajach anglojęzycznych często najmocniej akcentuje się kulturę, u nas jest tendencja do mocniejszego akcentowania umiejętności i poglądów – dlatego w internetowych geek testach (zrobionych przez naszych zachodnich kolegów) wielu ludzi, których w Polsce bez wahania nazwiemy geekami, okazuje się nerdami. Nie należy się tym martwić, jak wspomniałem na początku tego artykułu – każdy rozumie określenie geek nieco inaczej.

Niniejszy artykuł jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa - Użycie niekomercyjne - Na tych samych warunkach 2.5 Polska.

Autorem artykułu jest Piotr Sowiński "sadi", Oryginalnie artykuł znajduje się na stronie/blogu Sadiego pod adresem: http://sadi.ovh.org/index.php

A już niebawem na iFandom - moje spojrzenie na kwestie geekostwa i nerdostwa zwłaszcza z uwzględnieniem specyfiki Star Warsowego środowiska.

12 marca 2008

Coraz cieplej sie robi...

Robi się coraz cieplej. Zielone źdźbła nieśmiało wychylają się z ziemi, a na pierwszych, tych odważniejszych drzewach i krzakach pojawiają się zielone pączki. Zbliża się zatem większy niż w zimie wysyp konwentów. No bo cieplej to już i konwenty takie "niestandardowe" mogą sie odbywać. Pisząc "niestandardowe" - mam na myśli na przykład takie, które odbywają się na świeżym powietrzu. I tak po raz kolejny wspominając minione konwenty te starwarsowe jak i te nie starwarsowe (poczytać można na iFandom o Falkonie, Alderaanie i innych, ale liczę, że sami poszukacie :)) zacząłem się zastanawiać co nowego zaoferowane zostanie nam, fanom szerokopojetej fantastyki, w nadchodzącym sezonie?

Niestety... nic.

Z bólem to mówię, ale nie zanosi się na nic, co byłoby jakoś istotne dla rozwoju fandomu w Polsce, a zwłaszcza dla rozwoju fandomu Gwiezdnych wojen. No ok. Jest jedna rzecz, której nie było (z tego co pamiętam) wcześniej. Otóż zbliżający się konwent Pyrkon w Poznaniu jest reklamowany przez ogólnopolską kampanię bilboardową. Plakaty i citilighty z reklamą konwentu można znaleźć w samym Poznaniu, ale także m.in. w Krakowie, Wrocławiu czy Warszawie. To na pewno krok na przód, choć gdybym ja, jako organizator konwentu, dysponował takimi pieniędzmi, raczej nie włożyłbym ich w tak drogą reklamę, która ma znikomą docieralność do targetu. Ale to ja... :)
Z imprez SW nie będzie nic nowego. Znaczy pewnie będzie konwent Dagobah, ale czy zaproponuje nam coś wielkiego? a nawet jak zaproponuje, to kto to tak naprawdę spoza środowiska dostrzeże w małym i położonym na uboczu Gorzowie? (sorry chłopaki - odwalacie świetną robotę, ale położenia miasta i kłopotów z dojazdem tam - nie zmienicie).

Idąc dalej - Polcon w Zielonej Górze (albo w Jeleniej, jeden pies :P) także sukcesem nie będzie... bo jest daleko i jakoś tak - bez rozmachu. Jakieś szanse na zrobienie czegoś przełomowego ma Polcon w Łodzi w 2009, ale to jeszcze dużo czasu, zatem ciężko wyrokować.

Zastanawiam się natomiast jak powinien być zrobiony dobry konwent. Pozwoliłem sobie wyróżnić kilka elementów. Kilka z nich jest oczywistych, ale zdecydowanie należy je w zestawieniu wymienić.

1. Ściśle określony target. Już słyszę protesty, że nie dobrze jest robić konwenty "czyste tematycznie" - czyli konwent dla RPGowców albo dla miłośników Tolkiena. (Takie imprezy też się odbywają oczywiście, ale o tym kiedy indziej). Aby zacząć w ogóle działać przy organizacji konwentu należy sobie sprecyzować podstawowego odbiorcę tej imprezy. To może banalnie brzmi, ale od tego, do jakiego potencjalnego odbiorcy kieruje się imprezę zależy data konwentu, podstawowe ograniczenia dla programu czy jakieś ograniczenia bezpieczeństwa (choćby sprawa spożywania alkoholu).

2. Kiedy mamy już target zastanawiamy się nad możliwymi atrakcjami. Wiąże się to ze stopniowym zacieśnianiem owego targetu. Zauważcie, że chyba niewielu organizatorom udało się zrobić imprezę "dla wszystkich". Zawsze jest położony na coś nacisk. W przypadku Polconu - to literatura fantastyczna, a w przypadku dawniejszych Imladrisów - RPG. Jedne konwenty SW bardziej kładą nacisk na "geekowskie" prelekcje - inne na zabawę. Zdanie sobie z tego sprawy to już naprawdę niezły sukces. Target taki ma niesamowite znaczenie. Jeśli załóżmy przyjadę na konwent którego większość programu stanowić będzie manga i biegające 13 letnie dziewczynki przebrane za kotki, czy inne świnki poczuję się lekko... zażenowany. Nie żebym miał coś do mangi czy świnek, ale po prostu.... nie ten target.

3. Konwent powinien mieć przede wszystkim dobry program. Nie mam tutaj na myśli w zasadzie jakichś super odkrywczych tematów (byłem na parunastu, czy nawet parudziesięciu konwentach - wierzcie, ciężko już jest o naprawdę odkrywcze tematy). Chodzi o to, że temat musi być ciekawie przedstawiony. W dobie rzutników i prezentacji multimedialnych - ciekawa prezentacja to minimum. Poza tym - muszę wiedzieć, że mówi do mnie ktoś, kogo można uważać za eksperta. Nie chodzi oczywiście o to, żeby od razu był to doktor habilitowany, ale niech przynajmniej widzę, że prelegent nie jest z przypadku i naprawdę potrafi temat przekazać. Poza tym nie zawsze atrakcją są "gwiazdy" - pisarze, tłumacze czy aktorzy, ale to tylko moje zdanie.

4. Lokal musi być właściwie dobrany. I nie chodzi o to, że musi być to sala konferencyjna pięciogwiazdkowego hotelu. Nie mam też w zasadzie nic przeciwko szkołom - bo wiem jakie są realia, a szkoła zapewnia wszystko w jednym miejscu - stoły, krzesła, wiele sal, prysznice i toalety. Ale mam kilka podstawowych założeń. Przede wszystkim właściwa wielkość obiektu. Nie mam ochoty przeciskać się na korytarzach w zaduchu. Po drugie: wyraźnie oddzielona część "mieszkalna" od "konwentowej". Wściec się można, kiedy po całym dniu konwentowania próbujesz zasnąć w sali, a za drzwiami jakaś ekipa świetnie się bawi grając na gitarze. Co gorsza kiedyś trafiłem na salę, w której poza spaniem odbywała się... sesja RPG... ani w takich warunkach spać, ani grać.

5. Jedzenie na terenie konwentu albo w jego bliskim sąsiedztwie to podstawa. Chcę coś zjeść, albo napić się herbaty - muszę żebrać o wrzątek, albo szukać po mieście. To niedopuszczalne. Z doświadczenia wiem, że czasem nie chce się ruszyć czterech liter i siedzi się na głodniaka, albo odżywia się batonikami.

Prawda, że nie są to wygórowane założenia? Bardzo łatwo je spełnić, a sprawią, że potem czytając recenzje z konwentu organizatorzy są chwaleni. A to zawsze miło usłyszeć.

04 marca 2008

Treasure of the Shadows

Z "kronikarskiego obowiązku" powinienem napisać kilka słów o nowym polskim fanfilmie autorstwa fanklubu ze Skierniewic "Utapau". Mowa oczywiście o filmie zatytułowanym "Treasure of the Shadows". Postaram się napisać krótką, obiektywną recenzję, choć może wydać się to trudne, gdyż znam (i lubię!) fanów ze Skeirniewic, a poza tym... Sam w tym filmie występuję. Przez niecałą minutę może, jako "Special guest appearance", ale jednak.

Zacznijmy od samego początku, czyli od wizyty na planie (fakt, tego nie zawiera się w recenzjach, ale moja będzie szczególna).

Zdjęcia odbywały się w korytarzu (pełniącym jednocześnie funkcję małej salki gimnastycznej) w małej podskierniewickiej miejscowości. Całość sprawia dość profesjonalne wrażenie. Mikrofon na "wysięgniku", kamera HDV i cała masa pomysłów w stylu Adama Słodowego - przydatnych rzeczy na planie zrobionych "prawie z niczego". Był zatem zrobiony podnośnik do kamery mający nawet "zdalne" sterowanie ruchem głowicy z zamocowaną kamerą. Była charakteryzatornia, gdzie z profesjonalnych środków powstawały rozmaite blizny, a odpowiednia osoba czuwała nad tym, żeby paszcze aktorów nie świeciły się zbytnio. No i oczywiście ogromna ilość zielonego płótna, które samo w sobie pewnie kosztowało dość dużo. No a my, czyli Duran, Io i ja, czyli "Rada Jedi" przyjechaliśmy, powygłupialiśmy się i nagraliśmy kilka minut materiału. pozostało tylko czekać na premierę filmu, bo naprawdę przygotowanie planu i patenty jakich użyto, aby zastąpić elementy techniczne - były naprawdę powalające.

Na temat "Treasure of the Shadows" i oczekiwania na film wspomniałem już na iFandom. Było to w tym poście. Ale to tak tylko na marginesie. Pora chyba zacząć już właściwą recenzję.

Muzyka (zaczynam od końca właściwie, ale... moje prawo :)). Tutaj nie bardzo można narzekać, bo to Williams (ale nie tylko). Dobrana i zmontowana jest dobrze. Odejście od Williamsa w jednym miejscu na rzecz innej melodii (takie niby "afrykańskie" rytmy przy pojedynku na miecze) brzmi nieźle i dało całkiem niezły efekt. Użycie tego jednego "nie-wiliamsko-brzmiącego" utworu jest zaskakujące - myślę, że zaskoczenie byłoby mniejsze, gdyby pojawiło się więcej takich. W końcu jest tyle dobrej muzyki poza Williamsem :) (o Williamsie i muzyce do SW można poczytać m.in. tutaj na iFandom). Zatem - podsumowując - nie jest źle, standard, choć można by to było, moim zdaniem, odrobinkę ciekawiej rozwiązać.

Efekty cyfrowe i specjalne. Miecze świetlne - naprawdę dobre! ogromny plus. Tła komputerowe - też niezłe. Ogólnie - całość jak na efekty powstające na domowych pecetach wygląda całkiem nieźle. Jedyny mankament, to te poruszające sie w jednakowym tempie i jak po sznurki statki. Szkoda tez, że "zewnętrza" Coruscant nie przygotowano odrobinę dokładniej, ale jakoś nie raziło mnie to szczególnie. Jedyne na co można narzekać, to niewykorzystanie potencjału kryjącego się w modelu Gwiezndej Kuźni. Chłopaki się napracowali, zrobili fajny model - miniaturę do sfilmowania i co? widać go może przez sekundę w bardzo ograniczonym fragmencie. A model wyglądał (widziałem na jednym z "making of") całkiem fajnie. Najgorsze jest jednak zgranie ruchów ludzi na planie z ruchem kamery. Po prostu chłopakom tzw. Camera maching nie wyszedł. Momentami też jedna z postaci wydaje się lekko przeźroczysta. Błąd w kluczowaniu.

Największa wada. To ten użyty język angielski. Nie podobało mi się to już w momencie kręcenia, ale co tam... Fatalna dykcja (tak wiem, moja także) i kiepskie nagranie sprawiły, że film jest w zasadzie niezrozumiały. I o ile można go obejrzeć z napisami i wszystko pojąć, to zastosowanie języka obcego miało jeszcze jedną wadę, którą niestety widać na ekranie. Otóż aktorzy bardziej koncentrowali się na wymowie i zapamiętaniu obcego tekstu niż na grze. Wiem o tym, bo dokładnie tak samo było na planie. Podczas tych kilku ujęć w których brałem udział, zupełnie nie koncentrowałem się na tym, jak się ustawić i jak zagrać, tylko na tym, żeby tylko "wyrzucić" z siebie zadaną kwestię.

Aktorstwo. Skoro już przy nim jesteśmy należało by wspomnieć, że nie było ono wcale takie złe. Oczywiście obcy język wypowiedzi utrudnił grę i postacie występowały sztywno, niemniej - jakiego aktorstwa spodziewać się po grupie fanów, nie będących profesjonalnymi aktorami? Mogłoby być lepiej - oczywiście, ale ja psów nie wieszam. :)

Scenariusz i reżyseria. Opowieść snuta w filmie mogłaby być ciekawa. Mogłaby, gdyby nie fakt, że autorzy chyba chcieli za szybko wydać film (albo tak było w scenariuszu) i akcja się po prostu rwie. Zupełnie nie kupuję tego, że TotS ma być tak naprawdę trylogią. Nie lepiej zrobić jeden, fajny film, pracować nad nim długo, niż robić trzy filmy? Ogrom pracy przy trzech jest nieporównanie większy, a efekt - może być różny. Brakowało też na planie reżysera. Będąc na planie dowiedziałem się w którą stronę mam patrzeć, bo moi rozmówcy będą dodani później, ale nikt nie powiedział mi JAK grac, czy mówić szybciej, czy wolniej, jakie emocje przekazać itp. I chyba nie tylko ja miałem z tym problem sądząc po grze aktorskiej w całym filmie. Tym bardziej rozumiem narzekania gwiazd na grę na zielonym tle - ciężko jest z emocjami, kiedy nie ma wokół ciebie nic, na czym można by zawiesić wzrok, tylko wszędzie zielono.
Wracając do scenariusza - na początku był niezły, a potem - sprawiał wrażenie, jakby ktoś stał nad piszącym i co chwila pokrzykiwał - "oddawaj!, kończ już!"

Podsumowanie. Film warto zobaczyć. Mówię serio. Nie jest najlepszy, wielu by powiedziało wręcz, że jest kiepski. Choć mnie samemu nie bardzo się podobał, uważam, że trzeba go obejrzeć. W końcu UKOŃCZONYCH filmów SW w Polsce mamy tak niewiele... A jeśli bym miał wystawić ocenę: 4/10. Plusy za to, że nie ma tam ani jednego zielonego listka i za ciekawe podejście do kręcenia fanfilmów (właśnie te renderowane tła wszędzie) a minus... za język angielski, kulejący scenariusz i źle zgrany ruch kamery z ruchem aktorów... tyle w zasadzie.

Taki mały pomysł na marginesie - Chłopaki z Utapau... Może nakręćcie jakąś małą etiudkę filmową zamiast porywać się na trylogię? Niech Moc będzie z Wami... i z Nami.

29 listopada 2007

Clowny w kostiumach

Czy wiesz, co ludzie - nie fani Star Wars mówią, kiedy widzą człowieka w kostiumie postaci ze Star Wars? Poniżej przytaczam kilka takich wypowiedzi, czasami są one śmieszne, innym razem żenująco głupie, a czasem, po prostu wyrażają zainteresowanie.

Ostatnio, podczas kolejnego spontanicznego happeningu w centrum Warszawy miałem okazję, przy okazji robienia zdjęć, nasłuchać się tego, co mruczeli mijani przechodnie. I tak usłyszałem:

- Tego czarnego [o Vaderze] to ja się boję - jakaś na oko 50 letnia kobieta.
- O! Transformersy - to o szturmowcach.
- Patrz! Roboty! - to zarówno o Vaderze jak i Szturmowcach
- Power Rangers! - jak wyżej... nie mam pytań... :/

Oczywiście to tylko nieliczne przykłady, tych mniej śmiesznych w stylu "debile" czy "ciekawe co oni reklamują", nie wymieniam, bo i po co? Generalnie pokazywanie się w kostiumach jest fajne, niemniej konkluzja jest smutna... Nie bardzo wiadomo dla kogo owo spontaniczne pokazywanie się w kostiumach ma być przeznaczone. Każde działanie musi mieć przecież jakiś cel.

Dla widza nie-fana nie ma różnicy tak naprawdę, czy ma przed sobą Vadera, czy clowna. Tak, tak proszę państwa - bolesna to prawda. Jesteśmy niczym więcej jak clownami, którzy kiedy zdejmą jakiś element swego stroju - przestają budzić zainteresowanie. Szturmowiec jest wszak szturmowcem tylko w hełmie, podobnie jak clown jest clownem tylko z czerwonym nosem.

Dla ludzi z zewnątrz jesteśmy właśnie postrzegani tylko przez "pryzmat" kostiumu. Nie wiedzą wszak ile trudu zostało włożone w to, aby taki kostium przygotować, nie wiedzą co poza chodzeniem w kostiumach robimy w związku z naszym zainteresowaniem. Dla ludzi z zewnątrz fan w kostiumie to to samo, co wynajęty aktor do reklamowania czegoś. Zatem - na ulicy taki szturmowiec jest po prostu clownem - daje radość gawiedzi.

I to jest pozytywny aspekt całości. Owo dawanie radości ludziom. Wszystko jest OK dopóty, dopóki nie zapomina się o tym, że zdejmując jeden element stroju - już przestajemy być szturmowcem, Vaderem czy Red Guardem, a stajemy się Marianem, Cześkiem, czy Stefanem. Nie lans chodzić w niekompletnym stroju. Po prostu.

A tak off-topic. Zajrzyjcie koniecznie na Pasaż handlowy Biblioteki Ossus. Pora przecież kupować prezenty, no nie?


24 października 2007

Składowe fanostwa

Już od jakiegoś czasu zastanawiam się, co to znaczy "być fanem" - nie ważne czy Gwiezdnych wojen, czy Władcy Pierścieni, czy Mandaryny. Ok, przesadziłem - Mandarynę zostawmy. ;) Kiedy znajdujemy się w tzw. "Fandomie" (zobacz także ten artykuł na iFandom) pewne cechy nas łączą (oczywiście - pewne też dzielą, ale o tym innym razem). Na pewno podstawowym elementem spajającym jest samo zainteresowanie, niemniej w tym zainteresowaniu znajdują się pewne "pola" wzajemnych oddziaływań. Mamy zatem osoby które bardziej interesują się grami bitewnymi, mamy takich, co kochają RPG, a inni - uwielbiają Hana Solo i kolekcjonują wszystko co z tą postacią jest związane. To chyba jasne, że każdy z nas, fanów, ma jakieś "specjalizacje" - jedni szersze, a drudzy węższe. Kiedy tak zastanawiam się nad strukturami fanów przyszedł mi do głowy następujący podział zainteresowań. Oczywiście od razu nadmieniam, że ten podział jest czysto klasyfikacyjny i nie zmienia nic w stosunku fanów do siebie nawzajem. Nie chcę dzielić przecież tego środowiska!

Mamy zatem fanów - kolekcjonerów. Kolekcjoner to ktoś kto wydaje niemałe często pieniądze, aby zdobyć jakiś gadget. Kolekcjonerzy z kolei dzielą się na dwie podgrupy - ciągłych, którzy czują potrzebę posiadania całej serii produktów (np. wszystkich figurek postaci z Mrocznego Widma, czy wszystkich komiksów ze Spidermanem). Inny typ kolekcjonerów to kolekcjonerzy "ekskluzywni". Interesuje ich posiadanie jednego bądź kilku produktów z najwyższej półki (które trafiają na tę "półkę" z różnych powodów). Może to być, dla przykładu oryginalny, wykorzystany w filmie miecz świetlny, kosztujący krocie, lub zbroja szturmowca warta mniej niż 2 tysiące złotych, a sprzedawana za 10 tylko dlatego, że należała do pierwszego dowódcy Polish Outpost.

Mamy także fanów - graczy. Gracze uwielbiają gry planszowe czy bitewne. Niejednokrotnie są fanami jednego, konkretnego typu gier. Będąc jednocześnie fanami Star Wars - mogą pokochać miłością wielką gry planszowe lub bitewne. Czasem podział między fanem - graczem, a fanem - kolekcjonerem jest dość trudny. Weźmy na przykład grę Star Wars Miniatures (więcej o tej grze przeczytać można tutaj, na iFandom) można kupować nowe figurki ze względów kolekcjonerskich, a można dla tego, że chcemy mieć wszystkie i postawić sobie na półce.

Kolejnym typem fana, jest fan - omnibus. Dla takiej osoby żadne zagadnienie związane z jego hobby nie stanowi tajemnicy. Jeśli nie wiesz, ile metrów taśmy zostało zużyte do nakręcenia Władcy Pierścieni - zapytaj fana "Władcy" tego rodzaju. Nasz światek Gwiezdnowojenny także ma takich fanów. To oni wygrywają większość trudnych konkursów wiedzy, bo wiedzą jak na imię miała córka lewego skrzydłowego Vadera. Jak to wszystko można spamiętać?

Tak przedstawia się zasadniczy podział. (Jeśli macie jakieś uwagi - zapraszam do komentowania!) Jest on czysto teoretyczny. Oczywiście - wszystko zupełnie inaczej wygląda w teorii, a zupełnie inaczej w praktyce. Tak naprawdę trudno jest w jednym człowieku - fanie zauważyć jeden konkretny typ. Przenikają się one dość znacząco i bardzo często nie ma między nimi jakiejś zasadniczej, ostrej granicy. Tak więc niejednokrotnie gracz jest kolekcjonerem, a ktoś kto marzy o posiadaniu jednej, cennej pamiątki ma ogromną wiedzę związaną z uwielbianym światem / postacią / melodią. Niemniej jednak wprowadzony powyżej podział pomoże (mam nadzieję!) Ci znaleźć siebie wśród tych trzech zasadniczych typów. A może jest jeszcze jakiś, o którym zapomniałem? Napisz w komentarzu!

11 października 2007

Fenomen Star Wars Kid

Był sobie kiedyś taki Kanadyjczyk - młody chłopak w sumie, grubiutki, cichy, zastrachany. On zapewne jak wielu Polskich fanów tam skrycie marzył, aby stać się Jedi, mieć miecz świetlny i używać Mocy w służbie dobra i sprawiedliwości (Być może też chciał być biegły w sztukach walki jak Darth Maul).

Pewnego dnia wrócił do domu ze szkoły i marzenia go pochłonęły (inna wersja: filmik nagrał w szkolnym studiu). Ustawił kamerę na statywie, wziął kij do zbierania piłek od golfa (jak zapewne wielu fanów trzymając kij od miotły wyobraża sobie, że to miecz świetlny) i nagrał filmik. Było to w 2002 roku.




Oczywiście nie umieścił go w Internecie. Podobno zrobili to jego koledzy, którzy w jakiś sposób znaleźli kasetę. Niemniej - młody Jedi stał się popularny. Filmik w internecie obejrzały miliony widzów. Najpierw w sieci p2p Kazaa, czy innym eMule. Dopiero później trafił na YouTube - gdzie w tej chwili licznik pokazuje: Views: 3,294,561. Coś niesamowitego. Młody Jedi nazywa się Ghyslain Raza.

Filmik stał się popularny. Powstały liczne (naprawdę liczne!) przeróbki. Oto jedna z nich:



Niestety, kiedy Ghyslain dowiedział się o swojej popularności wylądował w szpitalu psychiatrycznym. Nie wiem, czy nie mógł sobie poradzić ze sławą, czy dobiły go komentarze widzów, naśmiewające się z niego. Nie potrafił rozpoznać prawidłowo tego, że ludzie śmieją się bardziej z jego filmiku, a nie z niego samego. Rodzice Ghyslaina oskarżyli rodzinę chłopaka, który wykradł film. Doszło jednak do ugody poza sądem. Na tym jednak sprawa "Star Wars Kid" się nie skończyła. Dwóch bloggerów (mniejsza już o adresy ich stron, zwłaszcza, ze jedna już nie istnieje) rozpoczęło akcję zbierania pieniędzy, aby wysłać Ghyslainowi jakiegoś Ipoda. Po niedługim czasie mogli mu wysłać najdroższego wtedy, 30 GB Ipoda i jeszcze 2 tys. dolarów jako prezent.

Ponadto, jak podaje Wikipedia, szeroki rozdźwięk zebrała też akcja zbierania podpisów pod petycją do George'a Lucasa o obsadzenie Ghyslaina w Epizodzie III. Podobno zebrano ponad 100 tys. podpisów.

Niestety, nie wiemy jak wiele informacji na temat Ghyslaina jest plotką. Pojawiła się nawet informacja, że chłopak zabił się. To raczej nieprawda, choć kto wie?

Internet jest bardzo podatny na tego typu "sławy". Znam jeszcze jedną osobę, która uzyskała dzięki YouTube niezwykłą sławę. Jest to "NumaNuma Boy", czyli Gary Brolsma. On w przeciwieństwie do Ghyslaina poradził sobie ze sławą. Stworzył drugą część swojego filmiku, a swoją nagłą popularność skwitował tylko słowami: "You are crazy!". Filmik na YouTube ma ponad 6 milionów wyświetleń. Respect!

Interesujący jest ów fenomen "Star Wars Kid". Powstała nawet strona, gdzie można kupić koszulki z rozmaitymi hasłami i obrazkami związanymi ze "Star Wars Kid". Śmiem twierdzić, że nie udałoby się to, gdyby akcja nie była spontaniczna. Choć mieliśmy w Polsce już podobną rzecz, niezwiązaną ze Star Warsami, która jednak w 100 procentach spontaniczna nie była. Mam na myśli Kandydata na prezydenta Białegostoku - Kononowicza. Ktoś przecież znalazł Kononowicza i namówił do kandydowania. Zresztą... wróćmy do tematu.

Zastanawiam się, ilu spośród Was, drodzy Fani Star Wars macie gdzieś na komputerze zachomikowany jakiś filmik czy zdjęcia, gdzie walczycie na kije od szczotki wyobrażając sobie, że to miecz świetlny. Zapewne część z tego typu obrazów to są jakieś próby, do których potem dodawaliście efekty specjalne... ale czy wszystkie?
"Star Wars Kid" - Ghyslain bardzo się przejął, choć nie powinien. Naprawdę jednak trzeba mieć mocną psychikę, żeby zostawić za sobą krytykę i śmiechy, albo wręcz wziąć je pod włos.
Nie zawsze można sobie z tym poradzić. Nie zmienia to faktu, że trzeba jakoś dążyć do spełnienia marzeń. Z tym się chyba zgodzicie. A jedni marzą o tym by być Jedi, a inni o tym, żeby im przestały śmierdzieć stopy. Które marzenie jest głupsze?

Czekamy na jakiegoś polskiego Star Wars Kida :) Choć może niekoniecznie "Kida"... Bo przecież wielu z nas, fanów, to takie duże dzieci tak naprawdę, choć gdyby nazwać ich dziećmi to by się obrazili. Kiedy widzę, kto kupuje miecze Master Replikas w Polsce... Spośród znanych mi osób w naszym kraju, które mają Replicasy - to wszyscy, mają ponad 17 lat. :P Osoby mające kostiumy - w większości mają ponad 18 lat. (z nielicznymi wyjątkami!) I to oni kupują te "zabawki", które choć trochę pozwalają im się zbliżyć do postaci ze swoich marzeń... Jedi, Sithów czy Szturmowców. Oczywiście ja nie krytykuję! Sam wielokrotnie gdzieś tam byłem w kostiumie Obi-Wana, Royal Guarda czy Szturmowca i się świetnie przy tym bawiłem. Skłamię też jeśli powiem, że nie wyobrażałem sobie kiedyś, że jestem Jedi i walczę ze złem. (Jestem nawet z tego dumny!)

Zastanawiam się też ilu w Polsce było już "Star Wars Kidów" - młodych dzieciaków, którzy wyskakują z jakimś, według nich, fantastycznym pomysłem na Holonecie czy Forum Bastionu i zostają sprowadzeni do parteru przez naśmiewających się. Nie twierdzę, że oni też trafiają do psychiatryka, ale krytyka już na starcie potrafi mocno ściąć z nóg...
Mnie też kiedyś też podcięto skrzydła. Odrobinkę, ale dość kulturalnie (o dziwo). Kiedy powstała moja pierwsza strona o SW - "Pic of the Week", strasznie chciałem, żeby link do tej strony pojawił się na Imperial City Online... Niestety Franki odmówił... Strasznie mi było smutno, ale po latach rozumiem.... :) kiedy mu zaproponowałem wymianę linkową - na mojej stronie niewiele jeszcze było rzeczy. :) Eh nie ważne. Tak wspominam o tym, bo to pokazuje pewną zasadniczą różnicę. Ja dostałem dość kulturalnego meila, a mój pomysł nie został wyśmiany na forum, na które zagląda kilkaset osób dziennie! To naprawdę spora różnica.

Więc jeśli spotkacie kiedyś Star Wars Kida, albo Lord of the Rings Girl, albo kogokolwiek innego w podobie... Kulturalnie wyłóżcie mu swoje racje, a nie podcinajcie skrzydła. No chyba, że to dziecko neostrady jest. :)

30 września 2007

Krecia robota?

Spotkałem się zupełnie niedawno z określeniem "krecia robota". Nie mówię jednak o tym, że usłyszałem je w telewizji, oglądając debaty polityczne. Spotkałem się z nim "na naszym, fanowskim gruncie". Cały czas siedzi mi to stwierdzenie pod czaszką i im bardziej się nad nim zastanawiam, tym mniej je rozumiem w tej konkretnej sytuacji. Bo co to znaczy wykonywać krecią robotę? To znaczy mącić, podjudzać, powodować kłótnie itd. OK mamy już jakąś jasność co znaczy owo słowo. Kaliber dość ciężki. Chyba osoba, która go użyła w stosunku do fanów Star Wars powinna sobie kupić słownik, bo nie bardzo rozumie co ono znaczy.

Gwoli wyjaśnienia - nie piszę tutaj o sobie - ani nie ja użyłem tego słowa, ani nie "przeciwko mnie" zostało użyte. Nie piszę także w obronie kogokolwiek, bo jak wiemy wszyscy - osobnik X może nie lubić osobnika Y i to jest jego pełne prawo. Tylko, że o ile czasem można wyciągnąć argumenty niedyskusyjne ("Nie lubię go, bo ma krzywe zęby") tak argument, zdawałoby się merytoryczny - podlega dyskusji.

Zatem dlaczego ktoś, kto jakoś tam się stara działać w Fandomie, jeździć na imprezy i pomagać biegając w kostiumach nie chcąc nic w zamian wykonuje krecią robotę? Bo nie "zwraca się z oficjalną prośbą" do "elity" fandomu i tworzy coś samodzielnie? Wyjaśnijcie mi to proszę... Zapraszam do komentarzy.

16 września 2007

Kto kogo lubi?

Znowu wracamy do tematu nurzania się we własnej, fandomowej zupie (zobacz tutaj). Jak w każdym środowisku (zwłaszcza dość zamkniętym), dochodzi do pewnych konfliktów i scysji. Nie są to, na szczęście, konflikty na tle poglądów na świat George'a Lucasa. Takie konflikty świadczyłyby o zupełnym kretyniźmie. No bo chyba nie ma nikogo, kto poważnie przenosi "do życia" spór o to, że "Ja wolę Imperium, a ty Rebelię"?

Niestety do scysji dochodzi, i to niestety na personalnym tle. Najzabawniejsze, że jakoś musi się znaleźć osoba, która jest bardziej nielubiana od innych. Nie bardzo wiem, jak wybierana jest owa persona, która ma dostąpić zaszczytu bycia na fandomowym "topie" i jednocześnie narazić się na ataki. Taka osoba jednak pojawia się ostatnio zawsze. Za mojej "bytności w fandomie" naliczyłem takich pięć. Najzabawniejsze jest, że konflikty rosną z czasem, zamiast maleć. Wszystko przez to, że ludzie nie bardzo potrafią ze sobą rozmawiać i we własnym gronie nakręcają się przeciwko sobie. I tak, konflikt między dwojgiem osób urasta czasem do konfliktu między organizacjami. Bardzo często jednak sprowadza się do bardzo prozaicznych konfliktów: "A bo on mi coś powiedział i nie przeprosił". I kończy się to tym, że do miasta "A" nie przyjedzie na imprezę ekipa z miasta "B" tylko dlatego, że na imprezie w "A" pojawia się nielubiana przez ekipę z "B" osoba.

Może to nasza szlachecka natura pieniaczy? E tam, takie zwalanie na historię to chyba lekkie pójście na łatwiznę. A może to wina internetu, który ułatwia kontakty, ale nie ułatwia rozmawiania? A może to ktoś konkretny lubuje się w tworzeniu spiskowych teorii i rozpuszczaniu plotek oczerniających innych? Może przyczyną są wszystkie te powody, a może żaden z nich. Nie wiem. W każdym razie dość mocno to przeszkadza, bo nie udaje się wspólnie stworzyć czegoś dużego, konstruktywnego.
Cały ten problem dotyczy w znacznej mierze fandomu Star Wars właśnie dlatego, że jest on mały, ale oczywiście nie tylko. Nie będę referował konfliktów z fandomu ogólnofantastycznego, bo za mało w nim siedzę, ale zapewniam, że istnieją i także nie zawsze jest różowo.

Ktoś może zapytać, czemu nie rzucam nazwiskami, czy chociaż ksywkami. Mógłbym. Zapewne odbiłoby się to pozytywnie na popularności tego Bloga, bo każdy lubi przeczytać jakąś ploteczkę... Ale wtedy chyba zniżyłbym się do poziomu... No właśnie... kogo? czego? W każdym razie zniżyłbym się poniżej pewnego poziomu. Nie twierdzę, że kiedyś tego nie zrobię... Teraz jednak to chyba nie ma sensu. (Już niebawem na "Fandom Star Wars" napiszę, czy raczej przypomnę młodszym czytelnikom, jak to było w czasach konwentów Alderaan w Sosnowcu, ale ów tekst, po kilku latach jakie upłynęły od tych imprez, rodzi się w bólach).

Jeśli wydaje Ci się, że przynajmniej część tego posta jest o Tobie, nie martw się. Rozmawiaj z innymi, a zwłaszcza z tymi, z którymi jesteś w konflikcie. Rozmawiaj najlepiej osobiście, lub przez jakiegoś Skype, broń Boże nie na forach, czy gadu-gadu. Nie wygłaszaj tyrad na poparcie swoich poglądów. Słuchaj innych. Zmiana poglądów czy przyznanie się do błędu to nie hańba. To pozytywne. Pokazuje mądrość. I to, że Moc jest w Tobie silna (taaak musiałem to dodać, żeby był jakiś Star Warsowy akcent na koniec i żeby nie było, że piszę poradnik dla skłóconych członków fandomu. :)) Do następnego posta!

14 września 2007

Fandom...

Blog ten, jak zapewne widzicie, nosi tytuł "Fandom Star Wars". Ciekawi mnie, czy wiecie, Szanowni Czytelnicy, co znaczy samo słowo "fandom"?

Można je zrozumieć "po polsku" - jako zlepek dwóch słów: Fan + dom. Czyli - dom fanów. Dom rozumiany nie koniecznie jako budynek, ale bardziej jak starożytni grecy rozumieli to pojęcie - jako społeczność. Społeczność o tyle ciekawą, że przebywającą ze sobą i stykającą się na wielu różnych płaszczyznach. Podobnie jak mieszkańcy jednego domu są połączeni więzami zależności - tak samo fani. Spotykamy się wszak nie tylko na konwentach i nie dyskutujemy tylko o Gwiezdnych wojnach. Bardzo często wspólne relacje wykraczają poza tę płaszczyznę wspólnych zainteresowań. Świętujemy razem urodziny, jeździmy na wspólne wakacje czy nawet wstępujemy w związki małżeńskie. Wszystko to w tej swojej własnej "zupie", w której wszyscy się nurzamy. Określenie może niezbyt ładne (bo chyba nikt z nas nie chce czuć się jak kluska w rosole), ale chyba dobrze oddające ideę.

Fandom można też rozumieć z angielska. Jak powiedział mi kiedyś Szaman, słowo fandom pochodzi od słów Fans Kingdom, czyli "królestwo fanów". Może takie określenie jest lepsze niż "zupa, w której się nurzamy", niemniej jednak tylko powiększa obszar naszego zainteresowania. Bo w przypadku powyżej mamy "dom", a tutaj już całe królestwo. Nie wiem, czy cieszyć się z tego względu, czy płakać... Zatem odwołam się znowu do greków.
Jak zapewne Wam wiadomo, grecy starożytni organizowali się w polis, czyli w państwa-miasta. A czym było dla nich państwo-miasto? Było skupiskiem rodzin, czyli można interpretować, że było skupiskiem domów. Zatem wracamy w naszym porównaniu do "polskiego" rozumienia słowa fandom. Ale czy na pewno? Związek Fandomu z "Kingdom" jest chyba jednak ciekawszy, bo pokazuje, że nie jesteśmy (my fani) elementem jakiejś innej społeczności, tylko tworzymy swoje własne królestwo... Teraz pojawia się cała masa pytań - skoro jesteśmy królestwem, to kto rządzi? Jakie są władze? Zatem jak widać, obydwa określenia różni skala, ale co z tej różnicy skali wynika?

Zostawiam na razie to pytanie bez odpowiedzi. Pozostawiam temat otwarty i zapraszam do komentarzy. A TY? Czujesz że mieszkasz w "domu fanów" czy w "królestwie fanów"?